Moje dziecko to lepsza wersja mnie – czy słusznie?

Krew mnie zalewa kiedy pod zdjęciami swoich dzieci rodzice piszą ‘Lepsza wersja mnie’. Wydaje się, iż jest to tylko od niechcenia rzucone stwierdzenie, jednak w wielu przypadkach okazuje się, że za tym kryje się coś więcej.

Oczywistym jest, że każdy chce dla swojej pociechy jak najlepiej, a już na pewno chcemy aby miała to, na co my sami nie mogliśmy sobie pozwolić. Nie bez powodu niemal wszyscy rodzice zastanawiają się, jak wychować szczęśliwe dziecko. W końcu jest to jak najbardziej naturalny i zdrowy odruch każdego rodzica, który swoją pociechę najzwyczajniej w świecie kocha. Nie ma w tym nic złego, lecz problem pojawia się wtedy, kiedy pewne granice zostają przekroczone i robimy wszystko, aby nasze dzieci stały się ulepszonymi kopiami nas samych.

Ambicje rodziców przerzucone na dzieci

Często mam poczucie, że niektórzy rodzie widzą w swoich dzieciach siebie, a dokładniej, chcą siebie w nich widzieć i – moim zdaniem – robią naprawdę wiele, aby one stały się takie, jak oni (oczywiście uważam, iż gdybyśmy zapytali rodziców, czy faktycznie tak jest – zaprzeczyliby. Nie dlatego, że chcieliby kogoś okłamać, tylko dlatego, że z pewnością nie zdają sobie sprawy z tego, że faktycznie może tak być). Przez całe życie obserwowałam różne mamy, które chciały, aby ich córki były dla nich najlepszymi przyjaciółkami – a najlepiej siostrami bliźniaczkami – z którymi mogłyby wymieniać się ubraniami, razem chodzić na dyskoteki i podrywać chłopaków (?). I nie, to nie jest fikcja z filmu przedstawiającego patologiczne relacje między rodzicami i ich dziećmi, niestety jest to codzienność.

Co ważne, nie dotyczy to wyłącznie wiecznie młodych duchem – samotnych bądź nie – mam, lecz również poważnych i szanujących się kobiet oraz wielu mężczyzn, którzy w swoich dzieciach także niejednokrotnie chcą widzieć siebie, tylko lepszych.

Jak odróżnić ambicje swoje, od ambicji swojej pociechy?

Niestety nam samym bardzo trudno jest odróżnić, kiedy faktycznie chcemy dla dzieci dobrze, a kiedy manipulujemy nimi (i przy okazji sobą, a niekiedy także innymi ludźmi w naszym otoczeniu) po to, aby nasze pociechy spełniały za nas, nasze niespełnione lub nie do końca spełnione ambicje. Wówczas stosujemy delikatne sugestie, a niekiedy bardziej lub mniej dosadne naciski by nasza latorośl robiła to, czego aktualnie od niej oczekujemy i z premedytacją ignorujemy bunt i inne sygnały mówiące, że droga, którą wybraliśmy dla naszej pociechy nie jest tą, którą nasze dziecko w tej chwili chce iść.

Dobrze, jeżeli jeden z partnerów ma na tyle trzeźwy i rześki umysł, że z łatwością zauważy iż nakazujemy by dziecko szło tam, gdzie nie doszliśmy my i do tego jasno wyrazi dezaprobatę wobec naszych działań. Jednak co zrobić, kiedy zmuszamy swoją pociechę do spełniania własnych oczekiwań i kompletnie nie zdajemy sobie z tego sprawy?

Uważam, że choć zadanie to pozostaje trudne, nie jest ono niewykonalne. Dlatego warto od czasu do czasu zastanowić się, czy tam, gdzie na co dzień kierujemy naszą pociechę nie jest miejscem, gdzie sami jeszcze niegdyś nie chcielibyśmy dość, a także czy wybrane przez nas kierunki na pewno są tymi, w których nasze dziecko chce podążać.

Mówię tutaj nie tylko o profilu szkoły, zajęciach dodatkowych i wielu innych aktywnościach, które mają za zadanie ukierunkować malucha w konkretną stronę lub prowadzić go do konkretnego celu, jakim może być nie tylko skończenie studiów prawniczych, lecz również tak – pozornie – prozaiczne kwestie, jak bycie dziewczęcą, lubiącą różowe sukienki dziewczynką, czy bycie twardym gościem, który – ani bez powodu, ani w ogóle – się nie mazgai. Zastanów się, czy to, co mówi Twoje dziecko Ty tylko słyszysz, czy także je uważnie słuchasz i dodatkowo – starasz się je zrozumieć.

Ambicje dzieci – jak je wspierać?

Warto pamiętać, że w większości przypadków zarówno maluchy jak i nastolatki początkowo nie wiedzą, kim chcą zostać w przyszłości. I nie ma w tym absolutnie nic złego. Jednak warto mieć na uwadze fakt, że rodzice nieświadomie mogą zarówno opóźnić proces dojścia dziecka do swojego przeznaczenia / życiowej misji / zrozumienia tego, co chce robić, jak i go najzwyczajniej w świecie wesprzeć.

Osobiście uważam, że u mnie ten proces został znacznie utrudniony i w wieku dwudziestu lat wciąż nie wiedziałam, co mam robić w życiu, mimo iż niemal przez cały czas miałam to pod nosem 🙂 Dlatego dziś śmiało twierdzę, że warto wspierać dziecko w jego decyzjach, nawet jeśli nie do końca są one zbyt trafne (nie mówię tutaj o skrajnej głupocie). W końcu nie możemy przeżyć życia za nasze pociechy, a koniecznym elementem dziecięcego rozwoju jest.. popełnianie przez nie błędów, a niekiedy także ponoszenie ich konsekwencji.

Jeżeli – przykładowo – uważasz, że nauka angielskiego jest czymś ważnym i chcesz w swoim dziecku zaszczepić miłość do tego języka, przez co myślisz, że dobrze byłoby zapisać je do szkoły angielskiego – porozmawiaj ze swoją pociechą. Wytłumacz jej, dlaczego uważasz iż jest to słuszna decyzja i – jeżeli dotyczy to starszego dziecka – ustal z nim, że jeśli mu się nie spodoba, wspólnie przedyskutujecie dalsze działania.

Kiedy nauka angielskiego Twojej pociesze będzie sprawiała przyjemność, to świetnie! Natomiast jeżeli minęło już kilka tygodni nauki, a Twoje dziecko niezmiennie wykazuje niechęć, porozmawiajcie. Na przykład powiedz, żeby wytrzymało do końca miesiąca, jeżeli dalej nic się nie zmieni, zdecydujcie się na zmianę nauczyciela lub szkoły językowej (niekiedy bywa tak, że niechęć do nauki może wynikać z charakteru lub sposobu przekazywania wiedzy danej osoby). Kiedy jednak okaże się, że angielski nie leży w kręgu zainteresowań Twojego dziecka, nie zmuszaj go i zapytaj, czy jest inny język, którego chciały się uczyć. Jeżeli okaże się, ze nie, wróćcie do tematu za jakiś czas, na przykład za pół roku. Wówczas może okazać się, że jego podejście się zmieniło i już jest gotowe do nauki języka.

Pamiętaj, że jest to tylko przykład. Dobrze wiem, że rodzice chcą dobrze do swoich dzieci i doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że w większości przypadków rodzic jest świadom tego, co jest dobre dla jego pociechy, a co niestety dla dziecka wciąż może pozostawać niezrozumiałe lub niewarte uwagi. W końcu gdyby pozostawić dzieci samym sobie, istnieje niemałe prawdopodobieństwo, że w wielu przypadkach tak naprawdę daleko by nie doszły.

Rodzice mają za zadanie kierunkować i przede wszystkim wspierać swoje pociechy w drodze przez życie. Ale dzieci nie są ani nami, ani lepszymi wersjami nas samych. Dziecko nie jest nikim innym, jak samym sobą. Ma swój charakter, swoje mocne i słabe strony, swoje zainteresowania i pasje. Naszym zadaniem jest wspierać mocne strony, postarać się, aby te słabsze nieco wzmocnić i robić tak, aby nasze pociechy miały dobry, godny i solidny start w przyszłość.

Nie przeraża mnie fakt, że znaczna część rodziców ma już w głowie plan i doskonale wie, co ich latorośl będzie robić w przyszłości, jak będzie się zachowywać i czym będzie się interesować. Jestem mamą i sama niejednokrotnie snuję rozmaite wizje dotyczące przyszłości mojego dziecka. To bardzo dobrze, że chcemy dla naszych pociech jak najlepiej. Jednak przeraża mnie to, że tak łatwo zatracić w tym wszystkim elastyczne podejście, przez co w mgnieniu oka możemy stać się sztywni jak kij od miotły i to kij z klapkami na oczach, których to najczęściej sami nie jesteśmy w stanie dostrzec. Dlatego, jeżeli naprawdę chcesz wiedzieć co zrobić, żeby mieć szczęśliwe i pewne siebie dziecko, świeć przykładem i dodatkowo nie zapomnij jego pasji, zainteresowań, charakteru i decyzji uwzględnić w swoich planach, w końcu tak naprawdę to jego, nie Ciebie, te plany dotyczą.

Syntia Militowska
Top